wtorek, 21 kwietnia 2015

łopatą po łbie...

praca Kanadyjki Cal Lane
... dziś dostałam.
a tak na marginesie, to niesamowite są te koronkowe cuda spod palnika... moją uwagę zwróciły ostatnio prace pewnej artystki, na której stronę zapraszam Cal Lane

Wracając do tematu, to chyba zdejmuję różowe okulary i mimo wielu trudności przyglądam się ludziom wokół i zaczynam wyrabiać sobie zdanie na temat wielu. Doświadczam ich bez usprawiedliwiania. Nowością jest używanie do tego pojęć zamiast rozpasanych metafor, uników, opisów.
Przykład?
Ano na ten przykład "złodziej" i "manipulant". To mój brat, choć jedno drugiemu jak widać nie przeszkadza.
Tak na marginesie dodam, że warto stosować się do niektórych porzekadeł. Ja sama dobrze bym wyszła stosując się do powiedzenia, że z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciu. A tak dałam się zrobić na szaro.

Albo inny przykład "wygodnicki leń" to mój facet, a do tego "nieodpowiedzialny". Aż szlak mnie trafia, bo oto dziś w końcu usłyszałam, że on się stara i chodzi do pracy, a to że skończyły się pieniądze a jego wypłata będzie za miesiąc... to nic nie poradzi. Pożyczał nie będzie... Tu dotykamy kolejnego pojęcia "fałszywa duma, znaczy pozerstwo". Na zewnątrz pan nasz bryluje elokwencją, intelektem, kreatywnością... a w domu głęboki fotel. Mówi, że mu nie honor pożyczać od brata. Za to ze spokojem żył miesiącami korzystając z moich pieniędzy i jak się okazało ze stoickim spokojem słuchał jak proszę koleżanki o pieniądze na ubezpieczenie, bo mi dziś termin mija. Honor to jednak kogucik na patyku co się z wiatrem ustawia.

A ja głupia pewne scenariusze założyłam wcześniej, wedle swego systemu wartości... Chociaż jak to bywa z systemami czasem do nich niekoniecznie się sami stosujemy, więc jak tu wymagać od innych żeby zgodnie z naszym systemem postępowali.
Tak to powoli doświadczam smaku słów "KOCHAĆ MIMO". Choć z tym miłowaniem nieco zwolniłam. I powiem, że to lepsza dewiza niż utrata głowy z byle powodu dla byle kogo.
Zatem jeśli miałabym się łopatą tłuc po głupiej głowie na oprzytomnienie to taką ażurową proszę ... piękniste są, no nie?

sobota, 11 kwietnia 2015

świetliki i pierścionek z diamentem

Diament, pierścionek zaręczynowy...
ale tak naprawdę to o co w tym chodzi?
Kłopotliwy temat dla kogoś z zaburzeniem, które skazało na wiele zastępczych mechanizmów by tylko ochronić się przed oddaniem, bo to przecież łączy się z ryzykiem straty i odrzucenia.
Dla kogoś kto zupełnie niedawno po raz pierwszy zaryzykował i otworzył się i odważył doświadczyć w pełni zakochania, oddania bez warunków, oddychał pełną piersią... i nagle zabrakło tchu, bo dostał w twarz "lateksowymi rękawiczkami".
ale nie o tym przecież chciałam...

Mimo, że już dane mi było widzieć oczy pełne miłości i słyszeć drżący głos pytający czy zostanę u boku by razem żyć... i deklarację tę przypieczętowaliśmy złotem na palcu to...
Dziś nie rozumiałam nic z tego.
Zaczęłam szukać informacji, czytać.

cdn...

(21.04. - wciąż szukam, myślę, czytam, myślę... obracam swój na palcu. cały się mieni, rzuca refleksy niczym świetliki)

26.04 - rozmowa z Niką o znaczeniu zaręczyn... okazuje się, że pełnym zdaniem zdefiniowałam oświadczyny uwieńczone pierścionkiem ze zwyczajowym diamentem.

Oświadczyny to wyraz gotowości mężczyzny do założenia rodziny i wzięcia na siebie pełnej odpowiedzialności za nią. Pierścionek to pierwiosnek starań. Oto On ofiarowuje kamień czysty i szlachetny, by Ona zawsze pamiętała  o Jego intencjach.
Obecny związek w miarę rozwijania się doszedł do miejsca, w którym potrzebowałam określenia celu. Chciałam by emocjonalne ryzyko wiązało się z czymś więcej... poza uwspólnionym łóżkiem, dachem i  portfelem. Może chciałam by mężczyzna podjął się wysiłku i zdefiniował, może chciałam by wystarał się o tę poważną kosztowność... żeby tym razem odbyło się wiele zgodnie z "tradycją".
Możliwe, że to kolejny przejaw asekuracji z mojej strony. Tym razem próbuję zaufać ludowej mądrości i utartym zwyczajom... mam nadzieję że pewne gesty i obrzędy niosą za sobą właściwą wagę, nie zdezaktualizowały się jeszcze... a może staram się zaczarować los...

czwartek, 9 kwietnia 2015

Jak to bywa święta, święta i już po.

   Wiele kolorów ostatnio wnoszą dni świąteczne i powszednie.
Sporo myśli, inspiracji i doznań. Zmiany, zmiany... i wiosenny wiatr.
Ale jak to bywa nie wszystko złoto co się świeci. Czasem przeglądanie się w czyichś oczach przynosi rozczarowanie sobą.
   Jakiś czas temu w pełnym zaufaniu poprosiłam mojego mężczyznę żeby rozmawiał ze mną o tym jaka jestem dla niego, jaką się być wydaję dla innych. Zwykłe codzienne życie - jak ja się w nim odnajduję. Informacje zwrotne. Przy okazji wyjazdów świątecznych zdarzyła nam się taka właśnie rozmowa. Nastawiłam się na słuchanie. To taka jestem, to tak jest ze mną? Usłyszałam m.in. "czasem mi jest ciężko z Tobą". Zrobiło mi się przykro, wstyd za to, że bliska osoba nie jest ze mną szczęśliwa. Trudne gdy albo krew się burzy, albo chcę uciec w siebie. Wszystko byleby nie patrzeć w oczy. Tyle pracy i tak niewielkie efekty? Oczekiwałam, że wychodzę ze swojej bańki, że nieco już się osadziłam w realiach. Oczekiwałam, że uszczęśliwiam ... zaraz, zaraz... ja też mam prawo popełniać błędy. Gonitwa myśli.
Głowa nadal mi płata figle, a może nie, może po prostu prawda o mnie nie za bardzo mi się podoba, myślałam o sobie lepiej? Autokreacja... wszystko po to by być dla siebie lżej strawną. Ponoć to naturalne zjawisko, chronimy siebie w ten sposób.
Ale mi chodzi o coś innego. Od pewnego czasu dużo uwagi zaczęłam poświęca sobie i swoim uczuciom, może przegięłam w drugą stronę... rozhuśtałam się.

Sadzam swoje wewnętrzne dziecko na krześle przed sobą ... Nie bój się. Tym razem nie będzie kary, nie będzie złych ocen, wartościowania. Znam Twoje strachy, myśli, uczucia, nie musisz niczego się wstydzić.
Nic złego się nie dzieje. Zastanówmy się razem co mogę zrobić dla Ciebie. Tulę i czuję się bezpieczniejsza. Co bym zrobiła dla takiego dziecka? Zrobię to dla siebie. Pomogę sobie przez dzień dzisiejszy przejść.